W lesie wiedenskim wciazPierwszy raz dowiedziałam się o planach wydania tej książki w Polsce ponad rok temu z wywiadu, jaki autorka, Elizabeth Åsbrink udzieliła polskiej prasie. Bohaterem książki miał być Ingvar Kamprad, oraz historia jego fascynacji nazizmem, do którego zapałał sympatią jako nastolatek. Informacja ta obiegła świat na początku lat dziewięćdziesiątych i podobnie jak zapowiedź książki narobiła sporo zamieszania w Szwecji.

Tak w życiorysie Ingvara Kamprada – ikony szwedzkiego biznesu, założyciela jednej z najbardziej rozpoznawalnych szwedzkich marek i jednego z najbogatszych ludzi na świecie pojawiła się skaza. Co więcej, okazało się, że dwa pokolenia wcześniej jego rodzina emigrowała z Niemiec i była powiązana genealogicznie z Paulem von Hindenburgiem – niemieckim wojskowym, feldmarszałkiem i Prezydentem Rzeszy. Sympatie do Adolfa H. wykazywali również babka Ingvara, oraz jego ojciec.

Czekałam na tę książkę z niecierpliwością. Obiecywałam sobie wiele, dostałam znacznie więcej. Polecam ją nie tylko tym, którzy śledzą biografie słynnego szwedzkiego biznesmena i robią zakupy w jego sklepie. „W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa” to poruszająca lekcja o tej części historii Europy, o której często słyszymy, że nigdy więcej nie powinna się powtórzyć. To również historia Szwecji, która na kartach historii zapisała się jako kraj „neutralny” wobec zdarzeń tamtego okresu, a co do którego neutralności można zgłosić szereg wątpliwości. Szczególnie po lekturze książki Elizabeth Åsbrink.

Opowieść zaczyna się w latach trzydziestych w Wiedniu. W tym czasie, jak pisze autorka, mieszkało w Wiedniu około stu dziewięćdziesięciu tysięcy osób pochodzenia żydowskiego, z których wielu żyło tam od pokoleń. W takim Wiedniu przyszedł na świat Otto Ullman – jedynak, późno urodzone dziecko Josefa i Elise Ullman. W trakcie swojej niedługiej edukacji wpojono mu poczucie przyzwoitości i wartość dobrego wykształcenia, a także obycie i umiejętność konwersacji. Walory, które wkrótce miały okazać się najcenniejszą rzeczą jaką posiadł, i którym prawdopodobnie zawdzięczał życie.

W roku 1938 Wiedeń jaki znał, i w którym dane mu było dorastać zniknął na zawsze. Czasy, które nadeszły w niczym nie przypominały dni jakie jeszcze niedawno spędzał z rodziną i przyjaciółmi. Prześladowania, które po Nocy Kryształowej przybrały masowych pogromów powoli dosięgały tych, co wcześniej przed nimi uciekli. W tym pełnym chaosu i nienawiści świecie Jose i Elise odnaleźli światełko nadziei, choć wyłącznie dla ich syna.

W Wiedniu działała wówczas Szwedzka Misja dla Izraela. Za podstawowy cel swojej działalności postawiła sobie pozyskiwanie żydowskich dusz dla Jezusa. U podstaw tej działalności leżało niezłomne przekonanie, że naród żydowski spotyka właściwa kara za straszną pomyłkę jaką popełnili nie rozpoznając Zbawiciela i przyczyniając się do jego śmierci. Teraz, dzięki działaniom chrześcijan mieli wejść na dobrą, właściwą drogę. Choć motywy działań misji budzą kontrowersje, przyniosły efekty: z nazistowskich Niemiec udało się wywieźć około trzech tysięcy ludzi, w tym prawie setkę dzieci. Wśród nich był Otto Ullman.

A nie było to proste. Neutralna Szwecja włożyła sporo wysiłku, by nie wpuścić na swoje terytorium zbyt dużej liczby uchodźców żydowskiego pochodzenia. Protesty szwedzkiej ludności, w szczególności przedstawicieli związków zawodowych, jak również organizacji reprezentujących przedsiębiorców stanowiły jasny przekaz dla rządu. Tym, którzy chcieli przekroczyć szwedzką granicę postawiono szereg wymogów, bardzo rzadko możliwych do spełnienia.

Folke Malmar, szwedzki urzędnik rezydujący w Pradze, który miał okazję z bliska doświadczyć problemu uchodźstwa, w jednym z pism do szwedzkiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, wyraził swój pogląd, którzy Żydzi byliby dla Szwecji najbardziej odpowiedni:
„…sądzę, że byłoby nader rozsądne ograniczyć się do uchodźców z grupy socjaldemokratów. Są oni w przeważającej części robotnikami. Problem uchodźców intelektualistów wydaje mi się zbyt trudny do rozwiązania w kraju, którego języka nie znają. Bez widoków na działalność polityczną i publicystyczną będą wiedli godny pożałowania żywot. Wydaje się, że dość znaczny procent wśród uchodźców komunistycznych, których tu spotkałem, stanowi typ proletariackiego półinteligenta – sprawiają oni niezbyt pozytywne wrażenie i nie nadają się do życia w uporządkowanym społeczeństwie”.

Otto wyjechał do Szwecji w lutym 1939 r. W spokojnym kraju, miał wieść bezpieczne życie uchodźcy. Rozłąka z rodziną i światem, który znał miała być chwilowa. Po roku wszyscy znów mieli być razem. Nie spotkali się już nigdy. Losy Ottona w trakcie jego pobytu w Szwecji, oraz historię rodziców pozostałych w Wiedniu poznajemy za pośrednictwem listów wysyłanych przez rodziców i najbliższych krewnych do kolejnych domów dziecka i rodzin zastępczych, do których trafiał Otto nigdzie nie pozostając na dłużej.

Prawie równolegle do historii Ottona, poznajemy historię innego chłopca. To Ingvar Kamprad. Syn Feodora Kamprada, farmera znanego w okolicy nie tylko z działalności rolniczej, ale również z pronazistowskich sympatii. Pewnego dnia, do gospodarstwa Feodora Kamprada przyjechał Otto i szybko wniósł powiew „innego życia” do codzienności Ingvara. Chłopcy szybko się zaprzyjaźnili, a przyjaźń trwała jeszcze długo po zakończeniu wojny. Pracowali razem na farmie, razem chodzili na zabawy i podrywali dziewczęta, razem odpoczywali. Nie wiadomo, czy Otto był świadomy podwójnego życia jakie prowadził jego towarzysz zabaw i miłosnych podbojów. Ingvar nie widział natomiast żadnego problemu w przyjaźni z Żydem i działalnością w organizacjach antyżydowskich. Kiedy założył firmę, zatrudnił w niej swego przyjaciela.

Po latach, kiedy historia jego bliskiej znajomości ze szwedzkimi nazistami ujrzała światło dzienne, tłumaczył, że pragnął wyrwać się z samotności i dlatego dołączył do lindholmczyków, zaczął czytać nazistowskie pisemka. Był oddanym i aktywnym członkiem: jeździł na rasistowskie wiece, dystrybuował gazetki, werbował nowych członków. Za swoje poglądy i działania z okresu młodości przepraszał w listach i osobistych telefonach, również swego przyjaciela.

„W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa” to książka wyjątkowa. Subtelność i celność w opisywaniu dramatycznych losów, piękna proza, wnikliwe analizy, dbałość o szczegóły zdarzeń, wrażliwość w podejściu do tematu. Kiedy czyta się tak niezwykłe dzieło, nie sposób nie poddać się refleksji nad przewrotnością losu, historii. Nad moralnością, odpowiedzialnością, winą i karą. I nad własnymi wyborami. Szczególne wrażenie zrobiły na mnie listy. Pełna miłości i tęsknoty korespondencja, w której rodzice do końca ukrywali przed chłopcem tragiczną prawdę o losach Żydów w III Rzeszy. Pięćset listów wysłanych między 1938 i 1944 rokiem stanowiło jedyną i niezwykle wątłą nitkę łączącą Otto Ulmanna z jego poprzednim życiem. Uporządkowane przez Otto, udostępnione autorce przez jego córkę po ponad 70 latach otworzyły drzwi do świata bólu i gniewu, czasu, który dla wielu bezpowrotnie przeminął.
Listy pozostały, a wraz z nimi historia Otto, który nigdy nie oglądał się wstecz.
I drzewa w Lesie Wiedeńskim przetrwały, wciąż stoją i szumią.

Anna Krześniak

  • RSS
  • Facebook
  • PDF
  • email