Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami i dolinami znajduje się miejsce o którym słyszeli nieliczni, dotarło do niego równie niewielu. Jak podają równie nieliczne źródła, archipelag wysp wielkości Londynu i liczbie mieszkańców zbliżonej do Skierniewic tkwi umocowany w północnej części Oceanu Atlantyckiego, w połowie drogi pomiędzy Islandią i Norwegią. Wyspy, które nazwano Owczymi, od setek lat żyją swoim własnym rytmem, nie wzbudzając większej uwagi ani zainteresowania bliższych i dalszych sąsiadów.

Miejsce to obfituje w szereg charakterystycznych zjawisk do których zaliczyć można m.in.: liczbę żyjących owiec, która przekracza o ¼ liczbę ludności, sto dziewiętnaście miejscowości, z których czterdzieści cztery posiadają jedną drogę dojazdową. Są też takie, których mieszkańcy nie uznali potrzeby posiadania jakiejkolwiek drogi nie widząc potrzeby podróżowania choćby po wyspie, którą zamieszkują. Jest tu dziesięć drewnianych kościołów i 3,5 miliona ptaków latem. Są czterdzieści cztery biblioteki i trzy stacje radiowe. Mieszkańcy wysp, wypracowali bogaty słownik opisujący typowe dla wysp zjawiska przyrodnicze: mają około dwustu pięćdziesięciu słów na określenie deszczu i nieco więcej, około trzystu pięćdziesięciu by opisać wiatr.
Oprócz wymienionych wyżej zasobów ( nie wszystkich oczywiście) miejsce to dodatkowo charakteryzuje brak elementów typowych dla tak zwanej współczesnej cywilizacji.
Nie ma tu m.in.: trolejbusów i basenów geotermalnych, Dnia Dziecka, meczetów i synagog, fabryk samochodów, burdeli, koczków narciarskich, pisemek z golizną, zoo, wieżowców, izb wytrzeźwień, oscypków, tabliczek :”Uwaga, zły pies”, pijaków pod sklepami, loży masońskiej, fasoli szparagowej i krajowego rejestru długów. Zasoby tego co nie dostępne na wyspach są większe i niejednego współczesnego mieszkańca mogą zadziwić. Warto je odkryć samemu i samemu się zadziwić, dlatego na tym wyliczankę zakończę.

Nie wiem ile już razy planowałam odwiedzić „Owce”. Ciągle jednak lądowałam gdzie indziej, choć często całkiem blisko. Tymczasem, dość nieoczekiwanie zabrano mnie w dawno planowaną podróż. Podróż odbyłam po kartkach książki, okazała się ona jednak równie pasjonująca i wciągająca jak inne, które dane mi było odbyć w realnym świecie.

Po przeczytaniu „81:1. Opowieści z Wysp Owczych”, pomyślałam, że są to historie o miejscu nieco bajkowym i trochę jakby nie z tego świata. Choć przynależą do Europy, realnie istnieją i są zamieszkane od setek lat, wyspy nie istnieją w powszechnej świadomości wielu kontynentalnych Europejczyków.
Przekonała się o tym pewna młoda Farerka, kiedy podczas urlopu w Hiszpanii zgubiła paszport i zgłaszając incydent na posterunku madryckiej policji, włożyła wiele wysiłku w przekonanie funkcjonariusza posterunku co do istnienia miejsca z którego pochodzi. Policjant pozostał jednak niewzruszony. Uznał, że to czego nie widać na mapie, po prostu istnieć nie może.
To jedna z wielu historii, które złożyły się na ten fascynujący reportaż, lekturę obowiązkową dla wszystkich poszukujących w podróżach czegoś  więcej niż miejsce do rozłożenia leżaka.

Autorzy, Maciej Wasielewski i Marcin Michalski, zafascynowani „Owcami” odwiedzali wyspy kilkakrotnie, by w końcu pozostać tam na dłużej. Zatrudnili się w przetwórni ryb, zamieszkali u polskiego piłkarza i rozpoczęli zgłębianie „owczej duszy”, czego efektem jest zbiór opowieści o mieszkańcach wysp, którzy żyją i pracują nieco na uboczu współcześnie pędzącego świata, ale też wcale nie mają o to pretensji. Wprost przeciwnie.

Obraz wysp i zamieszkujących je Farerów jaki wyłania się z książki jest, pomimo mało sprzyjającej człowiekowi przyrody, powiedziałabym dość sielankowy, choć nie pozbawiony rys i zadrapań. I nie wszystko ma w nim bajkowe zakończenie.
Deszcz padający przez 300 dni w roku, wiatr powalający i podnoszący ciężarówki, mało urodzajne gleby, fale rozrywające zacumowane przy brzegach łodzie – to obraz, który nie kojarzy się z sielanką i stanem ogólnej szczęśliwości, a wspomniane bogactwo słów określające wiatr i deszcz świadczy bez wątpienia o silne, nieprzewidywalności oraz możliwościach tych dwóch żywiołów. Mimo to, na wyspach nie jest łatwo znaleźć ludzi…. nieszczęśliwych.

Farerowie, podobnie jak większość ludzi, nie są wolni od trosk i kłopotów. Radzą sobie z nimi chyba jednak dużo lepiej. Stoicki spokój i umiejętność przyjmowania rzeczy takimi jakie są, to jedne z wyraźniejszych cech tej społeczności, podobnie jak godność i poczucie dumy wynikające z przynależności do miejsca w którym żyją.
To ludzie, którzy mimo pełzającej już wokół wysp globalizacji i wszystkiego co się z nią wiąże, wierzą w siłę ludzkich więzi, magię światła świec i spędzanych przy nim wieczorów. Chętnie poświęcają się zadumie, równie chętnie bawią się i biesiadują czemu z pewnością sprzyja niezwykle bogaty zestaw dni świątecznych. Mnie ujęło szczególnie święto wszystkich świąt – jakże oryginalny powód do kolejnej, wspólnej radości.

Równie oryginalnie jak ich święta są sami Farerowie.
Z tej niezwykłej podróży, zapamiętam drużynę piłki nożnej składającą się m.in. z  listonosza, policjanta i cieśli, „81:1”  – wynik meczu reprezentacji farerskich szczypiornistek. Zapamiętam Tróndur Paturssona – pisarza, Símun av Skarði – autora słów do hymnu Wysp Owczych, Pál Joensena – pływaka, któremu w 2009r. podczas zawodów o Puchar Świata w Moskwie zabrakło trzech sekund do pobicia rekordy świata na 1500 metrów, Agnieszkę z Polski, która pokochała Farera i pozostała na wyspach pomagając dziś chyba wszystkim potrzebującym i nie potrzebującym także. Poznałam też Hanus G. Johannesa – pieśniarza, idola trzech pokoleń Farerów, Oleg Jakoba – rzeźbiarza, jedynego na świecie, rzeźbiącego w farerskim drewnie.
Zapamiętam również historię pierwszej farerskiej emancypantki – Súzanne Helene Petersson, która wydała pierwszą kobiecą gazetę na Wyspach Owczych, wizytę Billa Clintona, ex prezydenta USA, który przyleciał na wyspy, by podzielić się z mieszkańcami swoimi spostrzeżeniami na temat globalizacji oraz koncert B. Adams’a, przygasłej już mocno kanadyjskiej gwiazdy rocka.

Niezaprzeczalnym atutem wszystkich opowieści jest szczególny dar Autorów. Dar obserwacji, ciekawość i badawcza natura jak również sposób opisywania zdarzeń oraz ludzi, połączony z nieskrywaną sympatią i wyrozumiałością dla farerskich słabości sprawiają, że do mieszkańców „Owiec” lgnie się jak przysłowiowa mucha do miodu. Historie okraszone szczegółami, komentarzami i uwagami, rozmowy z pogranicza filozoficznych dysput, proste i łatwe pytania na które nie zawsze znajduje się równie łatwe odpowiedzi.

Przeszłam przez ten farerski świat wraz z Marcinem i Maćkiem i bardzo mi się ta podróż spodobała. Nie jest to świat idealny. To świat słodko – gorzkich doznań. Są w nim radości i kłopoty, mniejsze i większe ludzkie dramaty. Jest w nim też swoisty porządek i sens, które trudno odnaleźć we współczesnym świecie. Kilkanaście wystających z oceanu skał. Wyspy Owcze. Wyspy szczęśliwe.

  • RSS
  • Facebook
  • PDF
  • email